"Bratnia dusza"
Życie toczyło się jak zawsze, było puste, pozbawione sensu. Dzień w dzień było to samo, stale powtarzająca się rutyna, która wydawała się nie mieć końca. Może mógłbym uciec? Nie to nie miałoby sensu, tu jak i gdzie indziej byłbym sam.
- Kilian! Kilian! - wołała mnie, moja mama. Czego ona znowu chciała!?
Wstałem z łóżka, na którym przed chwilą siedziałem. W nie za dobrym humorze, poszedłem do pomieszczenia, w którym znajdowała się ma rodzicielka, była ona tam z moją siostrą, którą trzymała na kolanach.
Stanąłem w ramie, pozostałej po drzwiach. Nasza rodzina nie była dość bogata, tak naprawdę to w tym świecie nikt nie był, nie licząc lekarzy, którzy mieli wszystko co potrzebne, nawet czasem za dużo.
- Tak... mamo? - powiedziałem lekceważąco.
- Talus, jest chora, potrzebujemy jakiś leków. - oznajmiła zmartwiona.
- I skąd ja niby mam je wziąć? - spytałem poirytowany. Miałem dwanaście lat, a musiałem zajmować się całą rodziną.
- Kilian, proszę. - prosiła moja siostra, tym swoim dziecięcym głosikiem. Tak bardzo go nienawidziłem.
Skrzywiłem się ze złości, nic nie mówiłem. Poszedłem do pokoju, w którym wcześniej byłem. Wziąłem kurtkę, szybko ją zakładając. Bez zbędnego pożegnania i jakichkolwiek innych formalności, wyszedłem z bloku, w którym mieszkałem z moją rodziną. Schodząc spotkałem innych mieszkańców tego zapchlonego świata. Nikt za specjalnie nie przejmował się moją obecnością. Tutaj wszystko co się rusza może cię zabić, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach nie bałby się trzynastolatka.
Szczelnie się zapiąłem, na dworze nie było za ciepło, biały puch spadał powoli, roztapiając się na twardej nawierzchni. Już od dobrych kilku lat nie było takiego zimna, jednak nie narzekałem, bardzo lubiłem chłód.
Krążyłem po pustych ulicach, zastanawiając się gdzie mógłbym znaleźć leki. Nie to, że pierwszy raz musiałem je dostać, jednak do niedawna pomagał mi pewien lekarz. Za niewielką cenę oczywiście. Niestety teraz nie jest tak "cudownie", osoba, która mi pomagała została zabrana i skazana na śmierć za dawanie mi poparcia. Okrucieństwo i nieczułość to chyba dwie zasady rządzące tym światem, aby przetrwać trzeba się im podporządkować.
- No co mały? - usłyszałem nagle.
Nie wiedząc kiedy, doszedłem do jakiejś pobocznej uliczki. Chyba się za bardzo zamyśliłem. Westchnąłem przeciągle, myśląc, że niechcący natrafiłem na jakąś grupę starszych nastolatków, którzy nie byli pozytywnie nastawieni. Spojrzałem w górę, ręce trzymając w kieszeniach, byłem gotowy na wszystko. Nie raz już znajdowałem się w takiej sytuacji. Nie bałem się, moja twarz była kamienna.
- Boli cię? - zaśmiał się ktoś za mną - No, powiedz nam. - powiedział szyderczo.
Zdziwiło mnie to. Czyli, jednak to nie było do mnie? Powoli odwróciłem głowę, spoglądając na scenę, która toczyła się tuż za mną. Kilku dość potężnych chłopaków, starszych ode mnie, znęcało się, na o wiele od nich młodszym chłopaku. Miał on na oko dziesięć lat, jego włosy były białe, tak jak puch padający z nieba. Ubrany był bardzo skąpo, jego smukłe ciało pokrywał jedynie cienki t-shirt i podarte, krótkie spodnie. W jego oczach było widać przerażenie, zachowywał się jakby nigdy wcześniej tutaj go nie było.
Nie wiedząc, w którym momencie znalazłem się pomiędzy nim, a jego oprawcami. Nie wiem co się w tym momencie ze mną działo. To był impuls.
- Kilian? No proszę, proszę. Czyżby zmiękło ci serce? - naśmiewał się ze mnie jeden z nich.
- Mam po prostu interes. – stwierdziłem - On należy do mnie. – skłamałem, wskazując na chłopca. Nigdy wcześniej tak naprawdę go nie widziałem.
- Od zawsze mówiłem, że prawo przynależności jest głupie. - stwierdził - No, ale jeżeli on jest twój, to jakie nosi imię? - spytał dociekliwie.
- Co cię to interesuje!?
- Nie złość się tak. Jesteś słodki, gdy to robisz. - stwierdził, łapiąc mnie za policzek i szarpiąc go delikatnie.
- Zostaw mnie! - krzyknąłem, uderzając go z całej siły - Idziemy! - zdenerwowany odezwałem się do chłopaka leżącego za mną.
Złapałem go za rękę i szarpnąłem, tak aby mógł wstać. Popatrzyłem się na niego wściekłym wzrokiem, nie akceptującym sprzeciwu, włożyłem ręce do kieszeń kurtki i odszedłem w przeciwną stronę, niż stali nastolatkowie. Kątem oka, złapałem ich pełne arogancji spojrzenia.
Szedłem wraz z moim nowym towarzyszem, prawdę mówiąc była to dla mnie znajomość na chwilę. Nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Nie byłem za bardzo szczęśliwy, jednak moją głowę bardziej zaprzątała myśl, że w ogóle pomogłem temu chłopakowi. Nic przecież w nim takiego specjalnego, normalny dziesięcioletni bachor. I co ja niby mam z nim teraz zrobić? Nie mogę go zostawić, bo by się okazało, że gdy mówiłem o jego przynależności do mnie, kłamałem. Westchnąłem, zdając sobie sprawę, że wpakowałem się w niezłe tarapaty.
- Jak masz na imię? - spytałem, jednak odpowiedzi nie dostałem nawet po dziesięciu minutach czekania.
Wściekłem się. Uratowałem mu życie, a ten nawet nie umie odpowiedzieć na proste pytanie? Tego już za wiele. Ze złości popchnąłem go na ścianę jednego z budynków, wykrzywił aż twarz z bólu.
- Odpowiesz mi!?
Popatrzył się na mnie, jakby wzrokiem błagał o litość. Spojrzałem na jego ciało, lustrując je od góry do dołu. Do głowy przyszła mi myśl, że może jest mu zimno. Nie wiem co mi odbiło, ale chyba zaczynałem się o niego martwić. - Nie! To nie może tak być! Ja nawet go nie znam! - Mimo moich zażaleń do samego siebie, zdjąłem kurtkę, zakładając ją na jego barki. Widziałem, że się zdziwił, jednak nic nie powiedziałem, jedynie prychnąłem i zacząłem iść, tym razem w kierunku domu. Chłopak poszedł za mną, chyba nie myśli, że przez cały czas będę się nim zajmował. To chwilowe… bardzo chwilowe. Westchnąłem. Do budynku, w którym mieszkałem doszliśmy w jakieś dwadzieścia minut. Zdziwił mnie fakt, że tak daleko znalazłem się od tego miejsca.
Wszedłem na najwyższe piętro, gdzie moja mama, siostra i ja zajmowaliśmy trzy pokoje. Gdy tylko przekroczyłem próg jednego z nich, zobaczyłem moją rodzicielkę, nie ukrywała zdziwienia na swojej twarzy. Obecność kogoś jeszcze, bardzo ją zdziwiła.
- Zdobyłeś leki? - spytała, udając że nie obchodzi ją mój towarzysz.
- W tym staroświeckim mieście nie ma gdzie zdobyć leki. Byłoby łatwiej gdybyś zwyczajnie dała mi pieniądze, wtedy poszedłbym do sklepu i kupił.
- Ty... Dobrze wiesz, że nie mamy z czego żyć! - krzyknęła i podniosła rękę jakby chciała mnie uderzyć.
Zamknąłem oczy, byłem przygotowany na ból. Prawdą było, że mogłem uciec, jednak to nie miało sensu, kara mnie nie ominie. Zdziwił mnie fakt, że wymierzony cios nie nadchodził. Co się dzieje? Powoli podniosłem obie powieki, to co ujrzałem bardzo mnie zdziwiło. Na podłodze przede mną leżał ten białowłosy chłopak, na jego policzku był ślad po uderzeniu. Czemu on to zrobił? Patrzyłem na niego przez chwilę z otwartą buzią. Z pewnością wyglądałem jak idiota i tak samo się zachowałem. Gdy tylko moje nogi zaczęły mnie na nowo słuchać, bez zastanowienia pobiegłem do innego pokoju, gdzie było łóżko. Od razu na nie wskoczyłem i położyłem się, odwracając w stronę starego okna. Nagle moje powieki stały się ciężkie, próbowałem ich nie zamykać, jednak niestety nie udało mi się to i po chwili zapadłem w głęboki sen.
Wszedłem na najwyższe piętro, gdzie moja mama, siostra i ja zajmowaliśmy trzy pokoje. Gdy tylko przekroczyłem próg jednego z nich, zobaczyłem moją rodzicielkę, nie ukrywała zdziwienia na swojej twarzy. Obecność kogoś jeszcze, bardzo ją zdziwiła.
- Zdobyłeś leki? - spytała, udając że nie obchodzi ją mój towarzysz.
- W tym staroświeckim mieście nie ma gdzie zdobyć leki. Byłoby łatwiej gdybyś zwyczajnie dała mi pieniądze, wtedy poszedłbym do sklepu i kupił.
- Ty... Dobrze wiesz, że nie mamy z czego żyć! - krzyknęła i podniosła rękę jakby chciała mnie uderzyć.
Zamknąłem oczy, byłem przygotowany na ból. Prawdą było, że mogłem uciec, jednak to nie miało sensu, kara mnie nie ominie. Zdziwił mnie fakt, że wymierzony cios nie nadchodził. Co się dzieje? Powoli podniosłem obie powieki, to co ujrzałem bardzo mnie zdziwiło. Na podłodze przede mną leżał ten białowłosy chłopak, na jego policzku był ślad po uderzeniu. Czemu on to zrobił? Patrzyłem na niego przez chwilę z otwartą buzią. Z pewnością wyglądałem jak idiota i tak samo się zachowałem. Gdy tylko moje nogi zaczęły mnie na nowo słuchać, bez zastanowienia pobiegłem do innego pokoju, gdzie było łóżko. Od razu na nie wskoczyłem i położyłem się, odwracając w stronę starego okna. Nagle moje powieki stały się ciężkie, próbowałem ich nie zamykać, jednak niestety nie udało mi się to i po chwili zapadłem w głęboki sen.
***
Sny prześladujące mnie tego razu nie były takie jak zawsze. Pierwszy raz czułem się jakby... bezpieczny... Czarna odchłań pochłonęła mnie całego i nie sądzę aby chciała oddać. Moje przypuszczenia potwierdziły się, gdy nagle, jakby znikąd wyłoniły się łańcuchy , które w mgnieniu oka oplotły moje ramiona i nogi, tym samym zmuszając mnie do upadku na kolana. Rozejrzałem się wokół, nie chciałem wpadać w panikę, jednak gdy zauważyłem moich prześladowców, wiedziałem że jest to koniec. Straciłem nadzieję i chęć walki. Tak naprawdę to nie mam po co walczyć. Moja matka nigdy się mną nie zajmowała, a od kiedy pojawiła się Talus, jest jeszcze gorzej, gardzi mną i jestem dla niej nikim. Bezwiednie po moich policzkach zaczęły płynąć łzy, a ja wpatrywałem się w ciemną przestrzeń pode mną. Nie ma nadziei dla mnie. Jestem nikim!
- Zabijcie mnie! - krzyknąłem, a moi oprawcy uśmiechnęli się, gdy na nich spojrzałem - Ukoicie tym samym me cierpienia. - dodałem szeptem, po raz kolejny opuszczając głowę.
Czekałem aż przyjdzie ból srogi i nie do wytrzymania. Czemu nie nadchodził? To tak jak przed chwilą gdy... on... przyjął mój ból, moje cierpienie. Nie powinienem mu na to pozwolić. Kimkolwiek jest. Nie znam go, a on zrobił dla mnie coś, czego żadna osoba, którą znam by nie zrobiła.
Z rozmyśleń wyrwał mnie dotyk, delikatny i czuły. Poczułem zimną dłoń na moim podbródku, zmusiła mnie ona do podniesienia głowy i popatrzenia na jej właściciela. Moje oczy rozszerzyły się, gdy ukazał im się białowłosy chłopak. On w odpowiedzi uśmiechnął się i jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki wszystko stało się inne, weselsze. A tak naprawdę, był tylko on i jego szczerząca się buzia.
- Kim jesteś? - spytałem, przypominając sobie, że nadal nie znam jego imienia.
Oczywiście odpowiedzi nie dostałem, nagle wszystko zaczęło się rozmazywać, stawać niewidoczne, a wcześniejszy ból wrócił. Wracała codzienność, rzeczywistość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz